15 lutego 2017

Fragment XIV: Porzucona nadzieja

„Pamiętasz przecież, przyjacielu, te wszystkie dni, nadzieję tak wielką, że aż bolała, i zwątpienie, które korzystało z najmniejszego wyczerpania, żeby przyjść i zabić nadzieję.”
~ Halina Poświatowska

Zrozpaczony chłopiec wygnał ze swojego serca nadzieję, gdy najciemniejsza z nocy odebrała mu matkę i przemieniła jego brata w potwora. Czuł się samotny, bezradny i oszukany. Przecież mama niejednokrotnie zapewniała go, że nigdy go nie opuści. Czyżby kłamała? Nie. Ona wierzyła, że tak właśnie będzie. Miała nadzieję, która ją zawiodła.

James musiał poświęcić swoją beztroską młodość i dorosnąć, aby zatroszczyć się o rodzeństwo. Starał się odegrać rolę matki i ojca, dlatego nie mógł pozwolić na to, aby trywialne marzenia pozbawiły go zdrowego rozsądku. Przez kilka lat próbował odbudować zdewastowaną psychikę, lecz ostatecznie porzucił gruzy. Nie chciał żyć złudzeniami. Stworzył silnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi.

Jednak nadzieja wróciła. Pojawiła się niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie. Dłonie zaczęły drżeć, grunt uleciał spod nóg, a umysł eksplodował od nadmiaru uczuć, nad którymi oduczył się panować. Strużki zimnego potu niekontrolowanie zaczęły spływać po karku i czole chłopaka. Ogarnęła go panika, a przed oczami ujrzał czarny scenariusz, który znalazłby swoje odbicie w rzeczywistości, jeśliby zawiedli.

Biegł za przyjaciółkami, usiłując odzyskać kontrolę nad własnym ciałem. Był im wdzięczny, że choć na kilka minut przejęły inicjatywę. Gabinet nauczyciela zielarstwa znajdował się nieopodal szklarni, toteż musieli przebiec przez błonia. Świeże powietrze przyniosło zbawienne ukojenie dla zszarganych nerwów Pottera.

Laurine zapukała do gabinetu profesora Longbottoma, lecz James, nie czekając na pozwolenie, nacisnął klamkę. Gdy weszli do pomieszczenia, zastali Harry'ego, Rona i Neville'a grających w karty. Na stoliku, przy którym siedzieli, stały puste butelki po kremowym piwie.
- Co się stało? - zapytał natychmiast nauczyciel, gdy zobaczył trójkę uczniów.
- Panie Potter, ja wiem, gdzie jest Lily – Parris zwróciła się bezpośrednio do Harry' ego.
Rozległo się pukanie do drzwi. Gdy nauczyciel wyraził zgodę na wejście, do zgromadzonych dołączył Andrew.
- Wykończycie mnie – wysapał chłopak, łapiąc się teatralnie za serce. - Nie przeszkadzam?
- Nie, dobrze, że jesteś. Nad miała wizję odnośnie Lily – wyjaśnił Jim, jednak blondyn nie zdążył skomentować tej informacji, gdyż do rozmowy wtrącił się Harry.
- Powiedz, co zobaczyłaś, Nadine.
Dziewczyna przymknęła powieki i pogrążyła się we własnych myślach, aby nie ominąć żadnego istotnego szczegółu. Po chwili ciszy udzieliła odpowiedzi.
- Widziałam wielki dwór, wokół którego rozpościerał się zaniedbany ogród. Wewnątrz znajdował się labirynt zawiłych korytarzy, jeden z nich prowadził do lochów, gdzie przebywała Lily i inne dzieci. Przypominam sobie również posąg czarodzieja, ale nie wiem, czy znajdował się on wewnątrz, czy przed budynkiem.
- To niewiele informacji – stwierdził przygnębionym głosem Ronald. - Posiadłości pasujących do twojego opisu jest mnóstwo.
- Najważniejsze, że Lily żyje – wycedził przez zaciśnięte zęby Jim, dając upust swoim emocjom. - Musimy coś wymyślić! Nie możemy dłużej zwlekać! - Chłopak przyłożył zaciśnięte dłonie do ust i zaczął nerwowo chodzić po pomieszczeniu.
- Zastanówmy się, który arystokrata byłby zdolny do uprowadzenia dzieci i, jakie miałby ku temu powody – zaproponował spokojnie Andrew, poprawiając niesforną grzywkę, która wpadała mu do oczu.
- Przypuszczam, że Kastor maczał w tym palce, jednak nie sądzę, żeby działał na własną rękę – wyraził swoją opinię James.
- Aurorzy znaleźli większość dzieci porwanych przez Kastora – oświadczył Harry.
- Owszem, ale nie wszystkie – zauważyła nieśmiało Laurine, choć wstydziła się swojego pochodzenia i bała się reakcji zgromadzonych. - Mogę się mylić, ale według mnie Dermot Cavendish nie czekał bezczynnie, aż oddadzą mu syna.
- Masz na myśli czwartkowe wydanie proroka codziennego? - zapytał Neville, a gdy dziewczyna odpowiedziała skinieniem głowy, zaczął grzebać w szufladzie biurka. - Mam je! - oznajmił i podał blondynce.
- To ten artykuł – Dziewczyna otworzyła gazetę na odpowiedniej stronie, po czym rozłożyła ją na biurku profesora.
James przeklął w myślach własną głupotę. Gdyby wcześniej nie zlekceważył sugestii Laurine, Lily byłaby już bezpieczna.
- Ta sytuacja przywiodła mi na myśl zachowanie ojca Luny – wyznał Ron, gdy skończył czytać.
- Racja – przytaknął Harry, kiwając głową w zamyśleniu. - Pan Lovegood chciał wydać mnie śmierciożercom, aby odzyskać córkę.
- Myślisz, że Cavendish mógł porwać Lily, żeby wymienić ją na syna? - Neville wyraźnie zaniepokoił się losem córki przyjaciela, którego traktował jak członka rodziny.
- Istnieje taka możliwość. Ron, musimy znaleźć i przesłuchać Dermota – oznajmił pośpiesznie Harry, zabierając kurtkę z oparcia sofy. - Neville, powiadom członków Zakonu Feniksa i Gwardii Dumbledore'a, przyda się nam wsparcie. Mam nadzieję, że twoja mama, Andrew, nie pogniewa się, jeśli w jej domu pojawi się kilku nieproszonych gości.
- Tato, pozwól mi uczestniczyć w przesłuchaniu – poprosił łagodnie James, wyszukując w myślach właściwe argumenty, aby przekonać ojca.
- To wykluczone, synu – sprzeciwił się Harry, choć zdawał sobie sprawę z tego, iż jego pierworodny nie odpuści tak łatwo.
- To tylko rozmowa, nic mi nie grozi – wyraził swoje przekonanie Jim. - Obiecuję, że nie będę przeszkadzał.
- Jestem beznadziejnym ojcem – skwitował Harry i westchnął, co James skomentował kpiącym uśmieszkiem, choć na język cisnął mu się złośliwy komentarz. - Dobrze, ale nie odzywasz się podczas przesłuchania i nie wszczynasz pojedynków, jasne? Ponadto musimy poinformować dyrektor McGonagall o twojej nieobecności.
- Informowanie McGonagall możesz sobie odpuścić, nie zauważy mojego zniknięcia, bo wszyscy uczniowie będą odpoczywać w dormitoriach po balu – odparł lekceważąco chłopak, wkładając dłonie do kieszeni spodni.
- Niech będzie – skwitował Harry zrezygnowanym tonem. - Powinniśmy już ruszać. Dziękuję za pomoc, dziewczyny. Widzimy się u Christiny i Stephena. Do później! – pożegnał się z Neville'm i Andrew, po czym opuścił pomieszczenie, dyskutując z Ronem.
James ruszył za nimi. Zatrzymał się na moment w progu drzwi i spojrzał na przyjaciela. 
- Pamiętaj o olejku do opalania, może być gorąco – przypomniał rozbawiony, nawiązując do ich rozmowy w Wielkiej Sali.
- Spokojna twoja rozczochrana, już się nasmarowałem – roześmiał się Leander i pomachał na pożegnanie.

Potterowie i Weasley szybkim krokiem przemierzyli szkolne błonia, udając się w kierunku bramy, aby znaleźć się poza obszarem chronionym przed teleportacją. Dyrektor McGonagall chciała zdjąć zaklęcie na czas trwania balu, jednak nie uzyskała zgody z Ministerstwa, więc wejścia na teren szkoły strzegł jeden z aurorów. Był to mężczyzna w podeszłym wieku, którego twarz pokrywały liczne rany i blizny.
- Witaj, Helmucie! Pracowita noc? - zagadnął wesołym tonem Harry, starając się zatuszować swoje poddenerwowanie.
- Cześć, chłopaki! Powoli usypiam na warcie, ale zaraz zbieram się do domu – odpowiedział mężczyzna, przeciągając się sennie. - To twój syn? - zapytał, wskazując na Jima.
- Podobny, prawda? Dostał przepustkę od dyrektor McGonagall. Chcemy wspólnie spędzić niedzielę – wyjaśnił Potter. - Do zobaczenia w pracy!
- Nieźle, tato – pochwalił ojca James, spoglądając na niego z uznaniem, gdy oddalili się od Helmuta.
- Myślisz, że talent do wpadania w kłopoty odziedziczyłeś po mamie? - zażartował mężczyzna, lecz po chwili na jego twarzy zagościł ból, jakby sama wzmianka o żonie rozdrapywała zagojoną ranę w jego sercu.

Dopiero wtedy James zdał sobie sprawę z tego, że ojciec nadal nie pogodził się ze śmiercią ukochanej kobiety, chociaż minęło już wiele lat. Harry nie mógł poświęcić swojej żonie tyle czasu, na ile zasługiwała, jednak podczas wspólnie spędzonych chwil, potrafił udowodnić jej swoje szczere i bezgraniczne uczucie. Ginny rozumiała jego poświęcenie i całkowite oddanie pracy, ponieważ wiedziała, że czuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo innych, skoro tak wielu dobrych ludzi poległo za niego. Obaj cierpieli, jednak śmierć matki nie odebrała Jimowi szansy na szczęśliwe życie u boku wybranki serca, natomiast Harry został skazany na samotną egzystencję do końca swoich dni. Gdy James dostrzegł cierpienie ojca, zawstydził się, ponieważ mężczyzna musiał zmierzyć się z tak wielką stratą, ale również z pretensjami syna i poczuciem narastającej winy.
- Teleportujemy się najpierw do domu. Musimy się przebrać – poinformował Harry i położył dłonie na ramionach towarzyszy.
James nienawidził uczuć, jakie towarzyszyły teleportacji, lecz tolerował tą metodę transportu, gdyż była najszybszą ze wszystkich możliwych.

Gdy otworzył załzawione oczy, zobaczył dom, na którego widok poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Pchnął furtkę i wszedł na wąską ścieżkę usypaną z kamieni. Zatrzymał się, gdy dostrzegł zaniedbane krzewy, które matka zawsze owijała słomą, aby nie zmarzły. Podczas wakacji Lily z pomocą ogrodnika pielęgnowała rośliny, dzięki czemu ogród tętnił życiem.
Harry otworzył drzwi i gestem dłoni zaprosił Rona do środka, a sam zaczekał na syna, który przyglądał się obumarłym roślinom.
- Zwolniłem ogrodnika – oznajmił mężczyzna. - Wy jesteście w szkole, a ja nie mam czasu na podziwianie kwiatków.
- Dobrze zrobiłeś – wyraził swoją aprobatę James i po raz ostatni spojrzał na krzak róży, który kiedyś był najpiękniejszym okazem w kolekcji Ginny.
- Gdy Lily wróci, osobiście zadba o ogród – westchnął ciężko Harry i poklepał pierworodnego po plecach, gdy ten mijał go w drzwiach.

Jim wspiął się po schodach na piętro i udał się do swojego pokoju. Zastał go w takim stanie, w jakim pozostawił go w sierpniu. Na ścianach pomalowanych niebieską farbą wisiały plakaty Harpii z Holyhead oraz mugolskich zespołów rockowych. Blat biurka pokrywała cienka warstwa kurzu, a na łóżku spoczywał niedbale złożony koc, który dostał w prezencie od babci Molly. Regał uginał się pod ciężarem starych podręczników szkolnych, a na komodzie stały kolorowe ramki bez zdjęć, ponieważ wszystkie zabrał ze sobą do Hogwartu. Z szafy wyciągnął ciemne spodnie, szarą bluzę, kurtkę przeciwdeszczową i ulubione trampki, które były zbyt zniszczone, żeby wziąć je do szkoły. Przeszedł z pokoju do małej łazienki, gdzie wziął szybki prysznic. Wychodząc z pomieszczenia, spojrzał do lusterka, ale szybko tego pożałował. Podkrążone oczy, blada cera i pogryzione wargi – tyle zostało z pewnego siebie nastolatka, którym był, zanim jego życie uległo diametralnej zmianie. Jedynie włosy nie uległy żadnym zmianom, nadal były gęste i nieokiełznane.
Zszedł do kuchni, gdzie Harry i Ron przebrani w wygodne ubrania, pili kawę.
- Zjedz coś, James – polecił wujek, stukając niespokojnie palcami w kubek.
- Nie jestem głodny – odparł chłopak, choć to stwierdzenie mijało się z prawdą. Nie był w stanie niczego przełknąć.
- Dochodzi dziesiąta, powinniśmy już ruszać – stwierdził Harry i odstawił puste naczynie do zlewu.

Używając teleportacji łącznej, przenieśli się przed posiadłość Dermota Cavendisha. Harry nacisnął dzwonek przy bramie. Po chwili właściciel wyszedł na dwór. Mężczyzna był wilkołakiem, jednak wiódł dostatnie życie, co zawdzięczał rodzinnemu majątkowi. Miał przystojne rysy twarzy i szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Gdy dostrzegł dwóch aurorów i nieznanego młodzieńca, rozglądnął się nerwowo po ogrodzie.
- Pan Potter? - zapytał z udawanym zaskoczeniem, podchodząc bliżej. - Co pana do mnie sprowadza?
- Myślę, że zna pan powód mojej wizyty – stwierdził Harry, a Cavendish pobladł na twarzy. - Nalegam na rozmowę.
Mężczyzna nie udzielił odpowiedzi, jednak skinął powoli głową i uchylił bramę. James maszerował ostatni, podziwiając bogato zdobioną rzeźbami fasadę budynku. W jednym z okien dostrzegł młodą kobietę, która ukryła się za firaną, gdy zauważyła spojrzenie nieznajomego skierowane w jej stronę. Przez umysł Jima przemknęło nurtujące pytanie, czy Albusowi również poszczęści się w życiu i trafi na dobrą duszyczkę, która zaakceptuje jego przypadłość.
Cavendish zaprowadził ich do swojego gabinetu, który znajdował się na parterze.
- Chcę odzyskać moją córkę – oświadczył Harry, splatając ręce na piersi, gdy mężczyzna zamknął drzwi.
- Panie Potter, ja nie chciałem tego zrobić – wybełkotał mężczyzna, ukrywając twarz w dłoniach. - On porwał mojego syna. Myślałem, że chce zemścić się na panu za prześladowanie wilkołaków. Myliłem się. Nie odzyskałem Fabiana, a pańska córka znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- Miałeś pomocnika w szkole? - zapytał James.
- Tak, ale nie zdradzę, kto nim był.
- I tak się dowiem – odparł lekceważąco Jim, wzruszając ramionami.
- Gdzie ją teraz znajdę? - zapytał chłodno Potter, czując narastający gniew.
- Wątpię, że ona jeszcze żyje – wykrztusił Cavendish, kuląc się pod naciskiem spojrzenia aurora.
- Nie byłeś w stanie ocalić swojego dziecka, tchórzu, więc naraziłeś naszą Lily? Mów, gdzie ona jest! - warknął James i postąpił krok naprzód. Ron zapobiegawczo przytrzymał go za ramię.
- Przypuszczam, że zabrali ją do starej posiadłości Kastora Delacroix. On zniknął, aby kontynuować swoje badania, a jego rodzina wyprowadziła się niedługo po nim, więc dom stanął otworem dla bezdomnych wilkołaków.
- Zapewne nie wiesz, dokąd udał się Delacroix? - bardziej stwierdził, niż zapytał Ronald.
- Tego nie wiem, ale udało mi się zdobyć informację, że stworzył eliksir łagodzący i przyspieszający przemianę – wyjawił Dermot.
- Wilkołaki mogłyby zmieniać swoją postać niezależnie od pełni księżyca? - zaciekawił się Ronald.
- Zgadza się – przytaknął mężczyzna. - Na świecie zapanowałaby anarchia.
- Nie dopuszczę do tego – odrzekł Harry, po czym dodał: - Nie wyciągnę konsekwencji wobec ciebie. Mam nadzieję, że odzyskasz syna – Po tych słowach opuścił gabinet.
- Ten dwór to forteca! Nie odzyskacie dziewczynki, jeśli sami wam jej nie oddadzą! - wykrzyknął mężczyzna.
- Nie twój interes – odparł złośliwie Ron. - Nie wiem, jak ty, Jim, ale ja mu nie ufam. Lepiej będzie, jeśli zapomni o tej rozmowie.
- Nie! - sprzeciwił się Cavendish. - Nie zdradzę was, przysięgam!
- Podzielam twoje zdanie, wujku – zgodził się chłopak i wyciągnął różdżkę w kierunku przerażonego mężczyzny. - Obliviate.
- Dobra robota, Jimmy – pochwalił siostrzeńca Ronald, gdy niebieski promień światła dosięgnął Dermota. - Dogońmy Harry'ego, ale lepiej mu o tym nie wspominaj.

Kilka minut później zmaterializowali się w salonie państwa Leander, gdzie James zobaczył sporo znajomych twarzy. Przybyła większość członków jego rodziny i najbliżsi przyjaciele ojca. Ciotki, Hermiona i Fleur, od razu porwały go w swoje ramiona. Następnie przywitał się z wujkami, George' em i Billem, a także z najlepszą przyjaciółką Harry'ego, Luną Skamander i jej mężem. Zauważył, jak Harry wymieniał uściski z Deanem Thomasem i Seamusem Finniganem.
Nie potrafił wyrazić swojej wdzięczności wobec tych wszystkich ludzi, którzy przybyli, aby uratować Lily.
Poczuł nieprzyjemny uścisk w żołądku, dlatego przeszedł do kuchni, gdzie zastał panią Christinę mieszającą zupę w wielkim garnku.
- Dzień dobry. Ruch jak na Pokątnej – zażartował, uśmiechając się szeroko.
- James! Jak miło cię widzieć! - wykrzyknęła radośnie kobieta, ściskając go mocniej niż ciotki. - Schudłeś, biedaku, ale zaraz podam jedzenie. Zupełnie nie byłam gotowa na przyjęcie tylu gości.
- Kolejni mają ochotę na pani zupę – stwierdził rozbawiony, gdy usłyszeli dźwięk dzwonka do drzwi.
- Otwórz, kochanie, bo boję się, że wykipi – poprosiła pani Christina.
James posłusznie udał się do holu i otworzył drzwi. Andrew i Neville uśmiechnęli się serdecznie i przekroczyli próg domu.
- Matka zawsze zamyka drzwi na klucz – mruknął młodzieniec i rzucił plecak w ręce przyjaciela, aby zdjąć kurtkę. - Zrozumiałbym, gdyby była sama, ale w domu jest tuzin ludzi.
- Gdyby zamknięte drzwi mogły powstrzymać morderców... - zaczął Jim, jednak potrząsnął głową, aby odgonić nieprzyjemne myśli.
- Mam dla ciebie liścik od Laurine – zacmokał Leander, a Longbottom zachichotał i odszedł w kierunku salonu. - Stęskniła się.
- Mam nadzieję, że zapieczętowała go jakimś zaklęciem – westchnął Jim, przeglądając zawartość plecaka przyjaciela. Ucieszył się na widok peleryny-niewidki.
- A żebyś wiedział, że tak właśnie zrobiła! Trafił swój na swego – skwitował Leander z żalem w głosie i podał Jimowi nienaruszoną kopertę. - Idę przywitać się z resztą, a ty nie rozpływaj się zbyt długo nad tym listem, bo muszę ci opowiedzieć, jak przekonałem McGonagall, żeby mnie wypuściła.
- Wolę nie wnikać w szczegóły tej historii – zripostował James.
- Żałuj! - wykrzyknął Andrew, zanim zniknął za drzwiami prowadzącymi do pokoju gościnnego.


Potter z rosnącym zaciekawieniem otworzył kopertę i wyjął niewielką karteczkę.

Nie zdążyłam podziękować Ci za cudownie spędzony czas na balu.
Jesteś znakomitym tancerzem.
Mam nadzieję, że wkrótce odzyskasz siostrę.
Uważaj na siebie, James.
Laurine


Na usta chłopaka wpłynął delikatny uśmiech. Cieszył się, że chociaż w sferze miłosnej wszystko układało się po jego myśli, choć miał przeczucie, że nie na długo.

Wcisnął list do kieszeni bluzy i skierował swoje kroki do salonu, gdzie toczyła się zacięta dyskusja.
- Część z nas musi zakraść się od frontu, a pozostali od tyłu – rzucił pomysł George, podwijając rękawy koszuli.
- Nie, musimy wkroczyć razem – zaoponował Dean.
- Co zrobimy, jeśli okażą się silniejsi? - postawił kłopotliwe pytanie Bill, ponieważ nikt nie wziął pod uwagę takiej opcji.
- Dlatego nie możemy się rozproszyć – kontynuował swoją wcześniejszą wypowiedź Thomas.
- Jakieś inne sugestie? - zapytał Harry z nadzieją w głosie.
- Wy zaatakujcie od frontu, aby uwaga wilkołaków skoncentrowała się na was, a ja i James zakradniemy się do lochów pod peleryną-niewidką – przedstawił swój plan Andrew i mrugnął porozumiewawczo do przyjaciela.
- Synu, jeśli zostaniecie zauważeni, nie będziecie w stanie się obronić – skomentował pan Stephen.
- Andrew, wybij sobie z głowy ten niedorzeczny pomysł! - wyraziła swój sprzeciw Christina.
- Mamo, jestem dorosły, więc sam podejmę decyzję – poinformował niepodatny na wpływ matki chłopak.
- Poradzimy sobie – dodał Jim, uśmiechając się pokrzepiająco do pani domu.
- Harry, powiedz im coś, bo mi ręce opadają!
- Wiesz, Christino, że Harry nie jest najlepszym autorytetem – zażartowała Hermiona, na co reszta towarzystwa zareagowała śmiechem.
- Nie przejmuj się, mamo – powiedział Andrew, pragnąc udobruchać rodzicielkę. - Lepiej powiedz, kiedy będzie obiad.
- Nie zmieniaj tematu! – zganiła chłopaka, po czym poprawiła fartuszek i zwróciła się do gości. - Już naszykowałam, zapraszam wszystkich do jadalni.

***

Blondynka poczuła nieprzyjemny powiew wiatru na twarzy. Szczelniej owinęła ciepły szalik wokół szyi i wyjęła skórzane rękawiczki z kieszeni płaszcza. Pierwsza kropla jesiennego deszczu spadła na błękitny płaszczyk dziewczyny, lecz pogrążona w myślach Laurine zupełnie ją zlekceważyła. Samotnie spacerowała po szkolnych błoniach, obserwując przyrodę, która powoli obumierała, aby odrodzić się za kilka miesięcy. Zapragnęła podzielić los bezlistnych drzew i zżółkniętej trawy. Chciała zapaść w letarg, aby przeczekać nieszczęśliwy okres, w którym nawarstwiło się zbyt wiele problemów.

Martwiła się o babcię, która nie odpisywała na listy. Miała pewność, że stało się coś złego, ponieważ kobieta nigdy nie pozostawiłaby bez odpowiedzi wiadomości od wnuczki. Łudziła się, że staruszka po prostu zachorowała i miała ograniczony dostęp do sów. Planowała poprosić o pomoc Harry'ego Pottera, ale zachowałaby się nietaktownie, gdyby zaprzątała mu głowę w obecnej sytuacji. Tęsknotę za babcią spotęgował fakt, iż tego dnia przypadała jedenasta rocznica śmierci rodziców. Nie wierzyła w brednie, że zginęli w wypadku. Przypuszczała, że odpowiedzialność za ich śmierć ponosił Kastor. Trudziła się, żeby zdobyć niezbite dowody obarczające winą mężczyznę. Nie byłaby w stanie dokonać zemsty na dziadku, jednak chciała poznać prawdę, aby uczcić pamięć najbliższych.

Moralność była głównym powodem, dla którego Laurine powstrzymywała Jamesa przed ukaraniem morderców matki. Próbowała uzmysłowić lekkomyślnemu chłopakowi, że jego zbrodnia zapoczątkowałaby kolejne, które mogłyby ugodzić w niewinnych ludzi. Ponadto, nie potrafiłaby obdarzyć miłością chłopaka, który zdewastował swoje sumienie i skalał dłonie ludzką krwią. Los Jamesa nie był jej obojętny, dlatego postanowiła, że spróbuje uwolnić jego serce od poczucia niespełnionej obietnicy względem zamordowanej matki.

- Nie zmusicie mnie! - Laurine usłyszała znajomy głos za swoimi plecami. - Nie poślubię Igora!
- Zachowujesz się jak rozkapryszona księżniczka, Choi! - warknął Selwyn Travers, zaciskając dłoń na nadgarstku dziewczyny.
- Decyzja należy do mnie – oznajmiła stanowczo Nakama, wyrywając rękę z uścisku.
- Czyżby? - Na twarzy Ślizgona pojawił się kpiący uśmieszek. - Myślisz, że wuj nie dowiedział się o twoich poczynaniach i nie wyciągnie odpowiednich konsekwencji?
Choi nie skomentowała wypowiedzi kuzyna. Laurine podeszła bliżej i stanęła przy boku przyjaciółki, aby dodać jej otuchy. Travers obrzucił obie dziewczyny złowrogim spojrzeniem i oddalił się w kierunku zamku.
- Co ja mam zrobić, Laurine? - zapytała Choi, a jej oczy zaszkliły się od łez.
- Zastanów się, czy chcesz zrezygnować ze ślubu ze względu na siebie czy na Andrew - powiedziała Francuzka, obejmując czarnowłosą ramieniem.
- Nie chcę żyć bez miłości.
- Zatem musisz być silna, bez względu na wszystko – stwierdziła stanowczo Delacroix i pociągnęła rozmówczynię w kierunku jeziora.
- Spróbuję – westchnęła Choi, po czym zmieniła temat. - Widziałam, że świetnie bawiłaś się na balu z Jamesem.
- Tak, jest wspaniałym tancerzem – odparła Laurine i uśmiechnęła się do swoich wspomnień.
- Wiesz, że nie mówię o tańcu – roześmiała się Nakama, patrząc wymownie na przyjaciółkę.
- Całuje równie dobrze jak tańczy – zażartowała blondynka, a na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec.
- Tylko dobrze?
- Choi! - zganiła przyjaciółkę i dała jej lekkiego kuksańca w bok.
- Swoją drogą, widziałaś ich dzisiaj? Pewnie odpoczywają po balu, bo nie pojawili się na obiedzie.
Laurine speszyła się, ponieważ nie chciała okłamywać przyjaciółki, jednak nie mogła zdradzić Jamesa i Andrew.
- Już się stęskniłaś?
- Troszkę – przytaknęła Choi. - Wracajmy do powozu.

Maszerowały w ciszy. Delacroix targały wyrzuty sumienia, lecz nie mogła postąpić inaczej. Nie chciała dokładać Choi zmartwień, dlatego nie zwierzyła jej się ze swoich problemów i nie wyjawiła tajemnicy chłopaków. Pobyt w Hogwarcie oddalił je od siebie. Kiedyś nie miały przed sobą żadnych sekretów i darzyły się bezgranicznym zaufaniem. Zadziwiające, iż chłopak, którego znała zaledwie dwa miesiące, stał się dla niej bliższy niż przyjaciółka.

***

Dwóch siedemnastoletnich Gryfonów niecierpliwie oczekiwało na nieuniknioną walkę. Z zapałem ćwiczyli rzucanie najbardziej przydatnych zaklęć i kartkowali podręczniki, aby poszerzyć zakres swoich umiejętności. Tłumili lęk przed porażką i równocześnie podsycali pragnienie zemsty na bezlitosnych oprawcach niewinnej dziewczynki. Nie lekceważyli przeciwnika, jednak wiedzieli, że nie cofną się nawet o krok, ponieważ każda kolejna minuta zwłoki mogłaby przesądzić o losie Lily. Trwali w gotowości, aby stanąć do walki, choć obawiali się, że mogło już być za późno.

***
Po trudach do celu!
Rozdział nie jest najwyższych lotów, jednak ocenę pozostawiam Wam.
Pozdrawiam cieplutko,

Neithiria.